środa, 14 czerwca 2017

Na zlocie

To był zwyczajny piątkowy wieczór. Choć może nie taki zwyczajny, gdyż czekał na niego cały rok, ale w najdalszych domysłach nie sądził że właśnie z tego powodu.
Tego dnia wziął wolne, by spokojnie umówić się z wyjątkowymi ludźmi, których spotykał tylko ten jeden raz w roku. Świetni ludzie, Harley, piękne okoliczności przyrody ... wszystko co najpiękniejsze było dla niego a On był częścią tego wszystkiego.
Nie spodziewał się jedynie, że to co go spotka na miejscu na zawsze zmieni jego pojęcie na temat piękna i cudowności tego świata.
Świata z którym zmaga się od lat. Świata który często doświadczał go srogo i pokazał czym jest ból, cierpienie, rozczarowanie i samotność.
Mimo to żył, uśmiechał się i nadal wierzył że karma wraca, że uśmiechając się do tego świata w magiczny sposób sprawi, że świat uśmiechnie się kiedyś do niego.
Ten moment miał właśnie nadejść...
Słyszał o niej na fejsie, ale nawet nie zadał sobie odrobiny trudu by sprawdzić jej profil przed tym zlotem.
Nie przyszło mu do głowy by to zrobić, bo w końcu on taki szary zwyczajny chłopak, nie szuka nikogo, nie pragnie niczego ...
Było już późno, większość już zjechała i zaczęła się ogniskowa biesiada. Dużo radości, śmiechów, żartów ... Opowieści mniej czy bardziej motocyklowych. Jednak On był gdzieś obok.
Jakby świat podświadomie dał mu znak że czeka go coś wyjątkowego.
Kolejne motocykle podjeżdżały co jakiś czas, nic specjalnego tego wieczora. Jednak ten jeden wprawił całe otoczenie w wyjątkowe wibracje, jakby powietrze nagle całe zaczęło pracować w takt tego jednego silnika.
Zdziwiło go że nikt inny tego nie zauważył. Bez wahania ruszył na parking, niczym w amoku, prowadzony jakąś tajemniczą siła, podążając za wyjątkowym dźwiękiem tego motoru, a przecież to Sportakiada i takich silników słyszał już mnóstwo.
Z daleka zauważył ten chromowany zbiornik oleju, dokładnie taki jak w jego modelu. Nie ma takich wiele.
Tak to jest dokładnie taka maszyna z jaką rozstał się wiosną. To był świetny motocykl, choć zaliczył na nim wywrotkę i miał od tej pory niewielkie wgniecenie na baku, którego nie naprawiał, by było pamiątką i świadectwem.
By przypominało mu wartość życia!
A na motocyklu ...
Dech mu zaparło, serce stanęło, ręce powoli opadły ...
Z pod otwartego kasku widać było jedynie chustę zasłaniającą twarz i OCZY!
Cudne, pełne blasku, roziskrzone niczym zorza polarna. Oczy które mówiły jasno i wyraźnie: już jestem!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz